Jezioro Songköl

Jezioro Songköl

Pierwotnie wyjazd zakładał 4 dniowy trekking nad Ala-kul i z powrotem. Jednak w związku z tym, że wysoko w górach spadł już śnieg należało zmienić plany. Dosłownie 2 dni przed Naszym wyjazdem ktoś wrzucał zdjęcia na Facebooka znad Songköl gdzie była piękna słoneczna pogoda. Kiedy my wyruszyliśmy na niższych terenach było słonecznie ale im wyżej tym gorzej. Padał intensywny śnieg. Ostatecznie kiedy dotarliśmy nad jezioro zobaczyliśmy je w zimowej aurze.

Songköl jest drugim co do wielkości, po Issyk kul jeziorem w Kirgistanie. Zasilane jest głównie wodą spływającą z lodowców z otaczających od północy gór Songköl  i od południa Modo. Jezioro położone jest na wysokości 3016 m n.p.m. Ukierunkowane jest wzdłuż osi południowy wschód – północny zachód. Maksymalna głębokość wynosi około 13 m. Jezioro jest płytkie w związku z tym w okresie zimowym właściwie całkowicie zamarza.

Gdzieś na rozdrożu na tym końcu świata spotkaliśmy miejscowych. Pędzili po tych zakrętach tylko głowy im odskakiwały.

Jak widać po zdjęciach nad samym jeziorem rozbite były jurty i w dalszym ciągu trwał wypas. Zwierzęta skubały sobie trawę spod świeżego śniegu.

Dojazd nad jezioro i powrót były bardzo, bardzo ciężkie. Świeży śnieg spowodował, że było bardzo ślisko. Powstały głębokie koleiny i co tu dużo mówić auto ześlizgiwało się mimo, że mieliśmy napęd na cztery koła. Gdyby nie wybitne, rajdowe umiejętności Joli byłoby kiepsko. Ta kobieta jak mówi sama o sobie ma niski próg strachu. Niczego się nie boi, nerwy ma ze stali. Przyznam, że kiedy ściągało auto na „pobocze ” jako pasażer pociłam się ze strachu ale Jola niestrudzenie manewrowała kierownicą i wyprowadziła samochód z każdego poślizgu.

Długo nad jeziorem nie zabawiliśmy. Jeżeli spojrzycie na zdjęcie poniżej zrozumiecie dlaczego. Zaczął padać drobny śnieg ale chmury nadciągające znad gór zwiastowały prawdziwy armagedon.

Pierwszy tak intensywny śnieg to znak, że trzeba sprowadzać zwierzęta na niziny gdzie pokarmu jest pod dostatkiem. Po drodze spotkaliśmy kilku pasterzy, którzy sprowadzali z wyżej położonych terenów potężne stada owiec.

Kiedy wyjechaliśmy z gór było pięknie, zielono i nawet słońce wyszło zza chmur.

W drodze powrotnej znad Songköl musieliśmy uzupełnić zapasy paliwa. Do stacji benzynowej pewnie byśmy nie dojechali. Zgadnijcie gdzie kupiliśmy benzynę? W sklepie spożywczym. Oczywiście jak tylko zatrzymaliśmy się otoczył Nas wianuszek zaciekawionych dzieci, które chętnie pozowały do zdjęć. Poniżej mały chłopczyk, który niósł na rękach swoją młodsza siostrzyczkę.

Zdjęcie powyżej to zdecydowanie fota wyjazdu. Autor Marcin Świtek.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *