MARAKESZ CZ. 1
Plac Jamaa El Fna oraz garść podstawowych informacji. Czyli gdzie spać, co jeść i gdzie szukać schronienia przed upałem.

MARAKESZ CZ. 1
Plac Jamaa El Fna oraz garść podstawowych informacji. Czyli gdzie spać, co jeść i gdzie szukać schronienia przed upałem.

Do Marakeszu dotarłyśmy przed południem. Port lotniczy Marakesz – Menara to bardzo ładne lotnisko. Połączenie tradycyjnych wzorów architektury marokańskiej i nowoczesności. Lotnisko położone jest wyjątkowo blisko starej części miasta „mediny” bo zaledwie 3 km. Jeśli plecak nie jest duży można spokojnie udać się do centrum pieszo. Można wziąć kosztowną taksówkę bo  chętnych do podwiezienia oczywiście nie brakuje. Ostatnia opcja to komunikacja miejska. W okolice centrum można dostać się z lotniska autobusem numer 19. Koszt biletu to 30 MAD. Podobno bilet trzeba zachować i można użyć go jeszcze raz w drodze powrotnej. (Informacja nie potwierdzona).

Gdzie spać?

Kierowca wysadził Nas na przystanku w pobliżu meczetu Koutoubia. Stamtąd pieszo dotarłyśmy do hostelu Red Castle Hostel. I to była miłość od pierwszego wrażenia. Hostel jest bardzo ładny, czysty, ma wewnętrzny dziedziniec, tarasy i co dla mnie jest szczególnie ważne, śniadanie wliczone w cenę. Wprawdzie nie jest ono obfite ale jest i to się liczy.

Chociaż nie obyło się bez burzliwych zwrotów akcji jak w każdej relacji. Po podroży na Saharę, wyjazd był organizowany przez Red Castle Hostel, zrobiłyśmy sobie od razu rezerwację w hostelu na noc tuż przed wyjazdem. Nasze plany zmieniły się i wróciłyśmy do Marakeszu dwa dni wcześniej ale pracownicy bez problemu, mimo, że nie miałyśmy rezerwacji ulokowali nas w pokojach. Natomiast żeby było ciekawej, zgubili naszą rezerwację na ostatnią noc, którą robiłyśmy 1,5 tygodnia wcześniej. Ktoś ją gdzieś wpisał, ktoś inny nie zauważył i niestety ale obsługa hostelu zachowała się wobec nas po prostu chamsko. Usłyszałyśmy, że mogą nas ulokować w pokoju wieloosobowym albo porozrzucać po hostelu a jak nam się nie podoba to możemy zabierać swoje rzezy i szukać sobie innego hostelu. Oczywiście pracownik zakomunikował nam to podniesionym głosem i z żywą gestykulacją.

Na szczęście sytuację uratował inny pracownik hostelu Boujemaa. Dusza człowiek, zawsze uśmiechnięty, pogodny, zawsze znajdzie rozwiązanie. Także ogólnie za klimat miejsca i standard w stosunku do ceny mega duży plus.

W hostelu można zamówić kolację za 50 MAD. Turyści przy długim stole po śniadaniu lub kolacji snują opowieści o swoich podróżach i inspirują się nawzajem. Na balkonie rosną pomidorki.

Architektura.

W związku z tym, że w Maroko panuje klimat podzwrotnikowy to temperatury bywają zabójcze. Latem, w lipcu, temperatury dochodzą do ponad 40 st. C. Ma to oczywiście przełożenie na urbanistykę miasta i architekturę. Jeśli przejdziecie się uliczkami Marakeszu zauważycie, że są one bardzo wąskie tak aby przejścia były zacieniane przez budynki. Dotyczy to oczywiście historycznej części miasta czyli medyny. Zabudowa jest zwarta.

Lampa się nie zmieściła…. ale spokojnie nie przejmujemy się tym 🙂
Piękna brama i  wewnętrzny dziedziniec. Obok na zdjęciu ornamentalna okładzina ścienna fasady.

Większość budynków ma na dachach przewiewne tarasy. Bardzo często w budynkach są wewnętrzne dziedzińce. Budynki były wznoszone z cegły suszonej na słońcu. Wszystkie mają barwy kolorów ziemi- brunatne, czerwone. Niesamowicie piękne są bramy prowadzące na dziedzińce gdzie podłoga i płytki do wysokości łuku wyłożone są płytkami w ornamentalne wzory. Ciężkie, drewniane drzwi zewnętrzne są bogato rzeźbione i inkrustowane, to prawdziwe dzieła sztuki. Dużo jest ornamentu, który jest powszechnie stosowany w obiektach publicznych ale też prywatnych. Architektura marokańska czerpie pełną garścią z tradycyjnych wzorów. Rzemiosło jest bardzo wysoko rozwinięte.

PLAC JAMAA EL FNA

To serce Marakeszu i jego dusza. Miejsce, które tętni życiem i przyciąga tysiące turystów. Najważniejsza część „medyny” czyli starej części miasta zamkniętej murami. Nie sposób być w Marakeszu i nie zobaczyć placu Jama El Fna. Najlepszy widok rozciąga się z tarasu kawiarni lub restauracji, których pełno tutaj dookoła. Zdjęcie poniżej wykonane z Restaurant Cafe de France.

Centralna część placu w ciągu dnia jest nieco opustoszała. Rozstawione są kramy z pysznymi orzeźwiającymi, świeżo wyciskanymi sokami. Zalecam jednak wzmożoną czujność. Na niektórych stoiskach wywieszone są ceny soków np. 5 MAD za mały i 10 MAD za duży a mimo to sprzedawca potrafi Ci powiedzieć, że duży kosztuje 20 MAD. Człowiek jest tak nie przygotowany do permanentnych prób naciągnięcia, że wyciąga z kieszeni te 20 MAD i płaci. Pomijając drobne problemy przy płatności trzeba uczciwie powiedzieć, że soki i koktajle są PRZEPYSZNE i warte swojej ceny i tych 10 i 2o MAD.

Na placu przesiadują „zaklinacze” węży. Panowie nagabują turystów, bywają bardzo natarczywi. Biegną za Tobą z tym wężem, próbują Ci go założyć na ramię. Zachęcają do zrobienia zdjęcia a później upominają się o pieniądze. Moja współpodróżniczka wykazała się przebiegłością i sprytem i zanim cokolwiek zrobiłyśmy spytała o cenę.  W odpowiedzi usłyszała „Co łaska” a po zrobieniu zdjęć za które zapłaciła 50 MAD (około 20 zł) Pan poinformował ją, że to za mało i chce 200 MAD (około 80 zł) bo było więcej niż jedno zdjęcieJ Ciężko mi było zrobić jakąkolwiek fotkę ponieważ kiedy jeden zaklinacz „opiekował” się moją koleżanką inny podejmował kolejne próby zarzucenia mi węża na rękę i przynosił kolejne okazy. Pan nie przyjmował do wiadomości, że po prostu brzydzę się tego cholerstwa i dla mnie to żadna przyjemność.

Bardzo szybko przekonałam się, że Maroko jest dość specyficznym krajem. Żeby nikt nie miał złudzeń. Tutaj wszystko kosztuje. W którąkolwiek stronę nie skierujesz obiektywu już jakiś sprzedawca lub uliczny „artysta” biegnie do ciebie z wyciągniętą ręką i krzyczy, że należą mu się pieniądze.

W ciągu dnia główną atrakcję stanowią konne przejażdżki. Dorożki ustawione są przy niewielkim parku Arset El Bilk, przy Rue Moulai Ismail.

W ciągu dnia na placu i ulicach prowadzących do niego handel jest bardzo ograniczony. Zakupy można zrobić w suki, czyli na lokalnym targowisku, gdzie handlarze oferują przepiękne rękodzieło.

Ale wieczorem Passage Prince Moulay Rachid zamienia się z deptaka w plac handlowy. W późnych godzinach wieczornych zalewana jest taniej jakości towarem made in China, który jest bezpośrednio rozkładany na ulicy a jego ilość nie przekracza tego co sprzedawca jest w stanie unieść w torbie. Wszystko ma swój ład, porządek i kolejność a każdy produkt znajdzie swojego nabywcę.

To co jest zauważalne to fakt, że na targowisku sprzedają głównie „miejscowi” a na ulicy ludność czarnej Afryki. Oni zajmują się handlem obwoźnym. Sprzedają głównie biżuterię oraz koszulki. Chodzą w pięknych, barwnych strojach i chętnie pozują do zdjęć z turystami a wieczorem urządzają pokazy „plemiennych” tańców. I właśnie m.in. dlatego Marakesz jest tak barwny i kolorowy.

Kto był w Marakeszu i nie był na placu Jama El- Fna wieczorem ten tak naprawdę nie był w tym mieście. Po zachodzie słońca na głównej przestrzeni placu otwierają się kramy z jedzeniem. Na ulicę wychodzą kuglarze, artyści, muzycy. Jest tłoczno, gwarno, wesoło. To co mnie przerażało to treserzy, którzy na łańcuchach ciągną za sobą małpki.

Wieczorem na Jama El- Fna rozpoczyna się spektakl dźwięków i zapachów. Muzycy siedzą w grupkach i grają muzykę marokańską otoczeni tłumem widzów. Klaszczą w dłonie, czasami, któraś z pań zatańczy. Zapraszają do zabawy turystów. (Pamiętajcie nie ma nic za darmo 🙂

Widziałam też ciekawą grę uliczną. Przy świetle latarni rozstawione są butelki z napojami, które uczestnicy zabawy starają się złowić wędką zakończoną gumową oponką.

Co jeść?

Plac pełen jest zapachów i smakowitości. Bardzo dużo stoisk serwuje ślimaki, szczególnie uwielbiane przez Francuzów. Aromatycznie pachną grillowane szaszłyki i owoce morza. Namówione przez turystów, którzy pałaszowali łapczywie przysmaki z grilla skusiłyśmy się na propozycję kolacji. Przy stoisku było menu z cenami ale po francusku. Próbujesz się z nimi porozumieć i dopytać co to dokładnie za potrawa. Pokazujesz palcem na obrazek i mówisz wyraźnie po angielsku , że chcesz to. Pan kiwa głową, że tak on oczywiście rozumie, ciągnie cię gdzieś na zaplecze „special place for you”. Pyta się ciebie jakie mięso, czy szaszłyki i czy warzywka. Odpowiadasz, że chcesz to co w menu. Pan kiwa głową ze zrozumieniem. Herbata? Tak poproszę.

Wybrane przez nas danie miało kosztować po 65 MAD(26 zł)  czyli 130 MAD za kolację. Zapłaciłyśmy po 180 MAD czyli po 36 zł od dania. I nagle nikt nie umie mówić po angielsku i nie jest w stanie Ci wytłumaczyć różnicy w cenie . I nie chodzi o to, że 20 zł więcej to majątek ale jeśli powtarza się to często, a powtarza się i nigdy nie wiesz ile zapłacisz, to człowiek jest tym znużony. Niemniej polecam bo jedzenie było pyszne. Świetne sosy, świeże pachnące pomidorami. Wspaniała jest sałatka marokańska z pomidorami, dużą ilością pietruszki i cebulką. Z tym , że cebulka w ogóle nie jest ostra. Kiełbaski z grilla również przepyszne. Oliwki w pikantnej marynacie, też super. Miałyśmy też niepowtarzalną okazję oglądać z zaplecza sposób przygotowania potraw oraz parzenia herbaty.

Tagine

Tagine jest to gliniane naczynie składające się z dwóch części. Podstawy, na której układane jest na spodzie mięso i warzywa w stożku oraz stożkowatej góry. Naczynie wstawia się na rozżarzony ruszt lub do pieca. Warzywa i mięsko podgrzewane od spodu puszczają soki , które w wyniku temperatury jako para wodna przefiltrowują się przez całą potrawę. Dzięki temu jedzenie jest idealnie soczyste. Tagine to właściwie pewna pozycja. Wegetariański, z wołowiną, kurczakiem. Każdy znajdzie coś dla siebie. Normalna cena za Tagine wynosi 35- 40 MAD. 65 MAD to już trochę dużo.

To co zadziwia to fakt, że ogólnie kuchnia marokańska jest bardzo słabo przyprawiona, jest po prostu jałowa co jest to tym bardziej dziwne, że mają duże ilości świetnych przypraw. Warzywa w tagine smakują jak wyciągnięte z wody ale sytuację ratuje sos, który wytapia się z dania.

Ryby

Jestem wielką fanką ryb dlatego polecam jeść wszędzie gdzie się da  i tak często jak można, świeże ryby i owoce morza. Szczególnie jeśli przebywamy w miejscowości bezpośrednio położonej nad oceanem.

Po prostu jeść.

Sałatki i warzywa są przepyszne. Soczyste, bez zbędnej chemii, dojrzałe na słońcu. To wszystko przekłada się na jakość. W Maroko właściwie nie ma zup. Podawana jest zupa dyniowa lub krem warzywny ale w porównaniu z tym ile u nas jest rodzajów zup, można powiedzieć, że to danie w Maroko nie istnieje. Mięsa z grilla, kofty, zapiekanki, kurczak, kasze, szaszłyki. Same pyszności. Kuchnia jest dość urozmaicona.

Co pić? Czyli marokan tea.

Herbata jest tradycyjnym trunkiem w Maroko. Liście zielonej herbaty zalewane są wrzątkiem. Napar jest przygotowywany w metalowych czajnikach i jest niesamowicie mocny. Sposób przygotowania napoju jest różny.

Do szklanek wrzucana jest mięta. Czasami wrzuca się ją bezpośrednio do czajniczka. I oczywiście ogromna ilość cukru. Herbata jest nalewana do filiżanek z dużej wysokości, nawet jednego metra. Po to żeby napowietrzyć napój i po to żeby wymieszały się wszystkie składniki. Często towarzyszy temu rytuał kilkukrotnego przelewania zawartości filiżanek do czajniczka, ponownego napełniania i tak kilkukrotnie. Zależy to od pierwotnego przygotowania napoju. Jeśli w imbryczku są wszystkie składniki: herbata zielona, cukier i dodatkowo mięta nalewa się ją bezpośrednio do filiżanek. Jeśli w czajniku jest sama herbata a w filiżankach mięta z cukrem zawartość filiżanek przelewa się do czajnika i z powrotem do szklanek i znowu do czajniczka. I tak z 4-5 razy.

Koniecznie trzeba spróbować herbaty marokańskiej. Jest naprawdę pyszna, orzeźwiająca. Jest to też dobry pomysł na prezent.

A co z alkoholem?

W związku z tym, że Maroko jest państwem muzułmańskim alkohol jest zakazany. Marokańczycy mają jednak do tego dość swobodny stosunek. Teoretycznie zakazany ale są lokale, które mają w karcie piwa, wina i mocne alkohole. A ulotkarze na ulicach zachęcają żeby wstąpić do lokalu i napić się czegoś mocniejszego. Co zatem kryje się za tą otoczką tajemniczości i niedostępności? Cena. Napić się można, zdobyć alkohol można ale za odpowiednią cenę.

Ja miałam okazję być w jednym z najpiękniejszych lokali jakie widziałam gdzie wypiłam najdroższą lampkę aperolu , za którą zapłaciłam 170 MAD (prawie 70 zł). A było to w lokalu Le Salama, zdjęcia poniżej.

Gdzie szukać schronienia przed upałem?

Wszędzie tam gdzie jest klimatyzacja. 🙂 W zacienionych uliczkach. W restauracjach, na tarasach ale przede wszystkim w parkach. Wszyscy turyści udają się do Majorelle Garden lub Secret Garden i są to niebywale piękne ale tłoczne miejsca. Parki publiczne są również piękne i spokojnie można tam odpoczywać cały dzień czytając książkę.

PRZYDATNE INFORMACJE:

  1. Casbah Red Castle Hostel https://www.facebook.com/kasbahredcastle/
  • nocleg w pokoju 6 osobowym 65 MAD

2. Dojazd z lotniska do centrum autobus numer 19 cena 30 MAD

3. Dojazd z Casbah Red Hostel na lotnisko – 150 MAD, za dwie osoby

4. Taksówka z Casbah Red Hostel (okolice meczetu Moulay El Yzid) na dworzec autobusowy Supratours – nie więcej niż 30 MAD za dwie osoby. (Cenę należy ustalić na początku. Jeśli 1 kierowca nie będzie zainteresowany, taksówkarz obok będzie)

5. Przykładowe dania i produkty ceny:

  • tagine 40 MAD
  • cappuccino 20 MAD
  • sok na targowisku wyciskany ze świeżych owoców: mały 5 MAD, duży 10 MAD, mix 15- 20 MAD
  • woda duża 10 MAD
  • jogurt pitny 7 MAD

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *