Masouleh- czyli o tym jak prawie zostałam przestępcą

Masouleh- czyli o tym jak prawie zostałam przestępcą

Palangan- niesamowite skalne miasto w prowincji Kurdystan w Iranie, niedaleko granicy z Irakiem. Bardzo chciałam zobaczyć to na własne oczy. Przed wyjazdem do Iranu zapytałam podróżnika Karola Wernera czy to dobry kierunek dla dwóch samotnie podróżujących dziewczyn. Odpisał mi, że nie do końca. I mimo, że zależało mi na tym żeby zobaczyć wioskę zrezygnowałyśmy ponieważ bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Palangan zdjęcie autorstwa Mika O’ Connor, źródło https://destinationsmagazine.com/stories/paying-homage-palangan-iran/

W zamian postanowiłyśmy udać się do Masouleh czyli malutkiej wioski położonej w górach w północno- zachodnim Iranie , w prowincji Gilan , dystrykcie Fuman, 32 km od miejscowości Raszt.  Z Shiraz udałyśmy się autobusem do Teheranu, 10 godzin jazdy. Postoje przy  bardzo „skromnych” lokalach z odstręczającymi sanitariatami. Na przystankach obserwowałam  irańskie kobiety umęczone,spocone, całe opatulone szczelnie szmatkami. Każda z nich gdy tylko wchodziła do toalety zrzucała z siebie plątaninę materiałów. W Teherenie kupiłyśmy bilet do Raszt. Kolejne 4 godziny jazdy.

W drodze z Shiraz do Raszt pokonałyśmy ponad 1250 km. Ciekawe przeżycie. Z przyjemnością obserwowałam jak zmienia się kraj pod względem krajobrazowym. Okolice Shiraz pustynne. Im wyżej na północ tym bardziej zielono, górzyście.

Kiedy dotarłyśmy do Raszt dopadła Nas chmara taksówkarzy. Negocjacje przewozu do Masuleh rozpoczęły się od 900 tys. riali co po prostu było absurdem. Przewoźnicy, najczęściej osoby prywatne, tłumaczyli wysoką stawkę tym, że droga jest ciężka, że to daleko. Nie spieszyłyśmy się. Chodziłam od jednego do drugiego kierowcy. W końcu jeden z nich powiedział ,że zawiezie Nas za 500 tys.riali.

Do Masouleh nie było ani tak daleko ani tak ciężko z dojazdem jak nam próbowano wmówić. Były natomiast korki. Wyobraźcie sobie, że trafiłyśmy na ferie podczas, których całe tłumy z Raszt i okolic a nawet z Teheranu udawały się do ich „Zakopanego” czyli Masouleh. Cóż powiedzieć, nie mogłyśmy trafić gorzej. Ponieważ o nocleg było bardzo trudno a ceny z racji święta były horrendalnie wywindowane w górę.

Te malutkie punkciki to samochody. Droga prowadząca do Masouleh była zakorkowana.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce nie zobaczyłam widoku jak z pocztówki. Wioska była przykryta czapą gęstej mgły.

Masouleh spowite mgłą

Wdrapałyśmy się z ciężkimi plecakami na górę. Budynki mieszkalne są zbudowane są na piętrach stoku. Ciągi komunikacyjne prowadzą na wyższe partie poprzez dachy zabudowań poniżej. Czyli mówiąc wprost żeby dostać się na półkę wyżej wchodzisz po czyimś dachu. Obecnie głównym materiałem budulcowym jest cegła. Kiedyś był to kamień naturalny i drewno. Większość budynków, zwłaszcza te w usługowych alejkach, mają drewniane nadbudówki i tarasy. Charakterystycznym elementem w części handlowej jest duża ilość kolorowych donic z kwiatami, które wiszą w kwietnikach lub stoją na podłodze.

Drewniane tarasy z dużą ilością kolorowych donic z kwiatami.

Turystów zagranicznych nie  było. Udałyśmy się do alejki gastronomicznej skąd obserwowałyśmy punkt widokowy, na którym Irańczycy robią sobie zdjęcia w dawnych, tradycyjnych strojach. Przy jednym ze stoisk handlowych wystawiony był stand ze zdjęciami. Ładnie to wygląda.

Zdjęcia w tradycyjnych strojach wykonywane na dachu jednego z budynków.

Później kiedy chodziłyśmy po wiosce lokalny Janusz biznesu zaproponował nocleg za 1,5 mln riali. Cena z kosmosu. W końcu po długich negocjacjach udało Nam się utargować na 1 mln. riali czyli po około 50 zł za osobę. Od popołudnia kiedy przyjechałyśmy Masouleh do późnego wieczora nad wioską unosiła się gęsta mgła. Nie można było zrobić żądnych ciekawych zdjęć ponieważ widoczność była słaba.

Kiedy właścicielka lokalu pokazała Nam budynek gdzie mamy spać myślałam, że się pomyliła i pokazuje Nam chlewiczek. Jak się okazało była to kwatera dla gości składająca się z przedsionka ze zlewem i lodówką ( był chyba nawet czajnik) , pomieszczenia łazienki i wspólnej izby sypialnej. I to co mnie urzekło (tak wiem problemy pierwszego świata) to prysznic zamontowany tuż przy toalecie tureckiej czyli kucanej. Także bierzesz prysznic i musisz uważać jak regulować strumień wody aby nie dostać rykoszetem wodą, która odbija się od WC.

Nasz resort w Masouleh
Dach domostwa naszych gospodarzy był naszym tarasem. Widok z tarasu na okolicę.

Muszę przyznać , że spanie na podłodze na perskich dywanach było naprawdę w porządku. Następnego dnia, kiedy chciałyśmy zapłacić za kolejną noc, Januszowa biznesu wyrzuciła Nas z wrzaskiem z pokoju tłumacząc, że ma już innych chętnych za 1,5 mln riali. Mówiąc ściślej bardziej się tego domyśliłyśmy z kontekstu ponieważ przed domem była już inna para turystów, niż zrozumiałyśmy gdyż Pani ani nie mówiła ani nie rozumiała nawet jednego słowa po angielsku. Opuściłyśmy więc pokornie naszą kwaterę i udałyśmy się na poszukiwania kolejnej. Teoretycznie w Masouleh był hotel ale jak się okazało już nieczynny.

Pewien staruszek zaproponował Nam nocleg u siebie za 1 mln. riali. Byłyśmy bardzo szczęśliwe.  Postanowiłyśmy uciec od tego zgiełku. Niesamowite, że do tak małej miejscowości przybyło tylu ludzi. Irańczycy uwielbiają pikniki i zupełnie nie przejmują się miejscem gdzie spożywają posiłek. Rozkładają swoje koce przy rowie, na poboczu pełnym śmieci. Rozsiadają się wygodnie, wyciągają grilla, mięsa w marynacie z pojemniczków i grillują. Otoczenie nie ważne, istotny jest posiłek.

Zostawiłyśmy swoje rzeczy i udałyśmy się w góry.

Pora w godzinach od 10:00 do około 13:00 – to jest jedyny czas kiedy nad Masouleh nie ma gęstej mgły i można zrobić zdjęcia. Tak przynajmniej było we wrześniu kiedy my byłyśmy.

Okolice Masouleh to właściwie wzgórza a nie góry skaliste. Wejście pod górę jest ciężkie ze względu na dużą wilgotność powietrza. Postanowiłam więc ściągnąć szmatę z głowy i o zgrozo miałam na sobie bluzkę na krótki rękawek. Byłam przekonana, że wysoko na wzgórzach nikt nie mieszka. Na stokach mimo, że są one trudno dostępne prowadzony jest jednak wypas zwierząt. Trafiłyśmy też na kilka domów i gospodarstw.

Pogoda bardzo szybko zmieniała się. Nachodząca czapa mgły przyniosła zimne powietrze. Dlatego postanowiłyśmy wrócić.

Mgła, która spada na Masouleh około 13:00 każdego dnia.
Budynek gospodarczy, wysoko na wzgórzach.

Nie było Nas kilka godzin więc pierwszą rzeczą jaką postanowiłyśmy zrobić po powrocie do wioski, to udać się na posiłek. Siedzimy tak sobie grzecznie przy stoliku, moja koleżanka wcina ochoczo jakaś potrawkę i nagle podchodzą do Nas dwie baby odchylają poły swoich szat i mówią „Policja. Proszę iść z nami” . Patrzę się na nie i mówię „ Nie ma sprawy tylko niech koleżanka skończy jeść, dobrze?”. Policjantkom towarzyszył rudy, wysoki i postawny policjant, który wyglądał raczej na Irlandczyka lub Szkota. Jego przodkowie na pewno nie pochodzili z Iranu.

Zostałyśmy odeskortowane na komisariat. Byłam porażona myślę, że w tak małej miejscowości w ogóle jest policja. Policjantki zaprowadziły Nas do jednej małej Sali gdzie za kontuarem siedziało 6 policjantów. Kobieta usiadła na krześle obok Nas. I zaczęło się przesłuchanie. Rudy policjant rzucił tylko w biegu „Welcome in Iran” co zważywszy na sytuację zabrzmiało dość komicznie.

Zostałyśmy zasypane gradem pytań, oczywiście po persku. Tłumaczymy więc wszystkim cierpliwie po angielsku, że nie znamy ich języka. Prowadzący przesłuchanie zadawał pytania a policjantka używając translatora tłumaczyła je z perskiego na angielski.

„ Jesteście same?”, „Dlaczego wybrałyście Iran jako miejsce podróży?”, „Ile macie lat”, „ Jesteście mężatkami?” W tym miejscu moja koleżanka pokazała „pierścionek zaręczynowy”.

Nagle w korytarzu obok głównej sali powstało jakieś zamieszanie. Policjanci zabrali dwóm młodych chłopakom telefony i wepchnęli ich brutalnie do pomieszczenia, które miało wejście od korytarza. Skonfiskowali kilka telefonów  około 5-6 i przynieśli je prowadzącemu przesłuchanie. Panowie zerkali to na telefony to na Nas. Domyśliłam się, że skonfiskowano telefony ludziom, którzy robili sobie z Nami zdjęcia i wrzucali je do sieci na portale społecznościowe, które są przecież zabronione w Iranie. Tak moi drodzy w Iranie nie ma Facebooka.

Policjant kontynuował przesłuchanie i swoją tyradę:

„ Dlaczego zdjęłaś chustę z głowy?”

-Bo było mi gorąco, byłyśmy w górach, zmęczyłam się więc zdjęłam chustę.

„ W górach mogłaś być bez chusty ale później powinnaś była ją założyć. Jesteśmy państwem religijnym. U Nas kobiety noszą chusty. Dostajemy skargi, że są u Nas turystki, które nie zakrywają głowy, włosów. Ludzie robią sobie z Wami zdjęcia i później w świat idzie informacja , że w Masouleh nie szanuje się prawa. „ Policjant, który prowadził przesłuchanie był raczej typem złego gliniarza.

„Wezwiemy naczelnika dystryktu Raszt, będzie tu za około 2 godziny on zadecyduje co z Wami zrobić. To najważniejszy człowiek w naszym okręgu. Bardzo ważny człowiek. „

Powiało grozą. Tłumaczę policjantowi, że tylko ja ściągnęłam chustę, że moja koleżanka cały czas nosiła okrycie głowy, zresztą ja też i tylko dzisiaj ściągnęłam ( co oczywiście lekko mijało się z prawdą).

Padają kolejne pytania:

„Gdzie byłyście wcześniej? W jakich miastach? Na jakiej ulicy tutaj mieszkacie? „

Odpowiedziałyśmy,  zgodnie z prawdą, że nie wiemy na jakiej ulicy mieszkamy ponieważ nie znamy Farsi. Orientacyjnie wiemy gdzie znajduje się budynek, w którym mieszkamy. Pamiętamy otoczenie więc spokojnie tam trafimy.

„Czy macie ze sobą paszporty? „  W tym momencie pomyślałam- O cholera oby tylko nie zabrali Nam paszportów bo jak my się stąd wydostaniemy. Kłamiemy, że nie mamy paszportów mając nadzieję, że odpuszczą. Nie odpuścili.

Policjant brnie dalej. Mówi, że policjantka pójdzie z koleżanką do miejsca gdzie mieszkamy po Nasze paszporty. Spytałyśmy jeszcze dla pewności czy Pan, który wynajął Nam pokój nie będzie miał z tego tytułu żadnych nieprzyjemności. Usłyszałyśmy zapewnienie, że nie będzie miał problemów. Ustaliłyśmy, że pójdzie koleżanka, ja zostałam sama. Z jednej strony podejrzewałam, że policjanci nie wyrządzą krzywdy zagranicznym turystkom, szczególnie w zakresie nietykalności cielesnej gdyż groziłoby to pogorszeniem polsko- irańskich stosunków politycznych, które w tamtym czasie były poprawne, z drugiej strony zastanawiałam się czy nie utną mi jakiegoś paluszka za to bezbożne ściągnięcie chusty z głowy. Ciężko było przewiedzieć jakiś scenariusz.

Koleżanka wróciła z paszportami. Przekazałyśmy je policjantom. Nagle usłyszałyśmy jakieś krzyki, jakieś przepychanki na korytarzu. Patrzę na koleżankę, która ma oczy pełne łez. „Biją Naszego Pana od mieszkania”. Zaczęłyśmy głośno protestować. Po chwili staruszek, który wynajął Nam pokój przyniósł 1 mln riali, położył na stole i przeprosił za to, że bezprawnie przyjął od nas pieniądze. Tłumaczyłyśmy, że nie chcemy tych pieniędzy i żeby dali spokój staruszkowi.

„Ten człowiek nie ma licencji na wynajem pokoi, robi to nielegalnie. Ponadto 1 mln. riali to bardzo dużo. To złodziej , chciał Was okraść.” Powtarzamy, że to nie prawda, że staruszek Nas przygarnął, chciał Nam pomóc, że nie miałyśmy gdzie nocować.

Panowie uradzili, że weźmiemy swoje rzeczy z mieszkania i odwiozą Nas do Raszt. To chyba żart. Wyjaśniamy, że nie znajdziemy o 22 wieczorem noclegu w nowym mieście, że chcemy zostać w Masouleh i z samego rana wyjedziemy stąd.

W końcu przyjechał naczelnik dystryktu Raszt. Wziął ze sobą chłopaka, który jako jedyny mówił po angielsku.  Najważniejsza osoba w okręgu, naczelnik,  już na Nas nie krzyczał. Przeprosił za całe zajście. Tłumaczył, że wszystko co zrobiła irańska policja jest dla Naszego dobra. Chusty też powinnyśmy nosić dla swojego dobra żeby nikt Nas nie zaczepiał. Brak chusty na głowie naraża Nas na nieprzychylne spojrzenia i ataki. W ogóle to jak tylko przyjechałyśmy do Masouleh powinnyśmy były przyjść na komisariat i zameldować się policji, oni by się Nami zaopiekowali, ochronili.

Ustalono, że przeniosą Nas od staruszka do „Sweet and comfortable hotel”. Szczerze mówiąc bardziej comfortable było na podłodze w kwaterze zwanej „chlewiczkiem” gdzie spałyśmy pierwszego dnia w Masouleh, niż na łóżkach w hotelu.

Kolejnego dnia czym prędzej opuściłyśmy to przyjazne miejsce udając się do Theranu,tym razem środkami komunikacji miejskiej. Za całą podróż powrotną zapłaciłyśmy grosze w porównaniu do przejażdżki  z Raszt do Masouleh.

Żal mi było staruszka ponieważ nie wiem co się z nim stało. Jakie konsekwencje poniósł. Nie chciał Nas skrzywdzić. I naprawdę mam takie pwrażenie, że gdyby nie on to byśmy nocowały na ulicy. Przykro mi również z powodu koleżanki ponieważ naraziłam ją na niepotrzebny stres.

Ta sytuacja i cały mój pobyt w Iranie uświadomiły mi,  że mam w sobie zbyt dużo  niepokory i bardzo źle odnajduję się w sytuacjach gdzie rola kobiety jest marginalizowana i gdzie muszę całkowicie podporządkować się nieznanej mi konwencji społecznej i religijnej. Tak zupełnie po ludzku wkurzało mnie niesamowicie, że cały czas muszę chodzić w szmatach od stóp do głów, zmęczona i spocona podczas kiedy panowie śmigają sobie w koszulkach na krótki rękawek i bez okryć głowy. Postanowiłam, że nie będę jeździć do państw religijnych takich jak Iran. Odwiedzam kraje gdzie dominującą religią jest islam ale odmienność kulturowa i religijna a co za tym idzie nieco inny styl bycia i ubierania się jest akceptowana czyli np. wszędzie na Bałkach, w Kirgistanie, Kazachstanie.

Do Iranu wrócę żeby odwieźć kilogram soli, który dostałam przed meczetem Imamzadeh Saleh w Teheranie. Kobieta, która wręczała mi sól powiedziała , że powinnam pójść do meczetu, pomodlić się w dobrej intencji, prosić o wsparcie swoich celów i pragnień a jeśli to, o co proszę spełni się muszę wrócić i oddać ten kilogram soli innej kobiecie bo tak każe zwyczaj. Dałam sobie kilka lat na spełnienie moich życzeń i jeśli rzeczywiście się ziszczą wrócę z tą solą do Iranu i przekażę innej dziewczynie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *